Moje dziecko mnie denerwuje

Moje dziecko mnie denerwuje

Jestem mamą dwójki kochanych urwisów. Uwielbiam ich i kocham nad życie. Wiem też, że czas spędzany z nimi powinien być właśnie chwilą relaksu i wytchnienia w zapracowanym i rozpędzonym życiu.

Moje dzieci są rozbrykane, radosne, roześmiane. Najbardziej lubią budować z klocków i poznawać wszechświat (serio!). Poza tym bardzo potrzebują kontaktu fizycznego, a od czasu gdy poznały słodkości robią wypady zwiadowcze do kuchni. Jednym słowem: dzieci jak marzenie.

Tylko, że pod tymi pięknymi słowami kryje się drugie dno. Praktyka. Doświadczanie tego, co zostało wyżej opisane.

Rozbrykana dwójka maluchów w mojej wyobraźni ma do dyspozycji ogród przed domem, płot, może jakiegoś psa do aportowania. W rzeczywistości mają wspólny pokój, mały balkon i dylemat matki czy kupić królika czy jednak poczekać jeszcze jakieś 10 lat.

Radosne i roześmiane dzieci to samo złoto. Najwspanialszy dźwięk dla ucha matki. Chyba, że matka jest po dniu pracy, ewentualnie ma migrenę, a głośność dzieci można śmiało porównać do młota pneumatycznego. Pięć minut śmiechu i zabawy można wtedy jakoś wytrzymać. Nawet do piętnastu jestem w stanie się przekonać. Jeśli jednak radosne okrzyki trwają ciągle i nieprzerwanie od dwóch godzin…

Budowanie z klocków też właściwie jest fajne. Śmiało mogę powiedzieć, że mój pięciolatek tworzy takie konstrukcje, których mi nigdy nie będzie dane zbudować. Zaopatrzyliśmy się rodzinnie w chodaki, żeby w końcu lego nie wbijało nam się w stopy. Nauka o wszechświecie – rewelka. O ile nie czytasz tej samej książki po raz milion pięćdziesiąty i nie odpowiadasz na to samo pytanie o Saturna.

I kontakt fizyczny. Wieczna potrzeba kontaktu fizycznego. Jeśli nie ma matki pod ręką i nie mogą w danej chwili powspinać się na mnie, poprzytulać, pocałować  albo dotykać choćby rączką to wspinają się po sobie nawzajem, a po drodze przytulanie zaczyna bardziej przypominać wrestling.

Praktyka i doświadczenie czegoś w praktyce sprawia, że nasze wyobrażenia mają szansę się skonfrontować z rzeczywistością. A niestety – obraz rodzicielstwa mamy przejaskrawiony. Jeśli mówimy o nim w superlatywach to wszystko jest „ah!” i „oh!” – dzieci kochane, pies wspaniały, teściowa cud miód. Po drugiej stronie barykady są matki-frustratki i ojcowie-wiecznie-nie-obecni. A przecież zdecydowana większość z nas doświadcza czegoś pomiędzy, ewentualnie obu stanów jako skrajnych odchyleń funkcji.

KIEDY DZIECKO MNIE DENERWUJE

Myślę sobie, że to jest ok, że moje dzieci mnie denerwują. Że jest to normalne i naturalne. Nie mam członka rodziny, który by mnie nie denerwował. I nie dlatego, że łatwo mnie zdenerwować 😉 a dlatego, że kiedy ktoś jest ważny i bliski, i spędza się z tą osobą dużo czasu to, chciał nie chciał, obcujemy ze sobą w różnie dni i w różnych sytuacjach.

Poza tym wiem, że tak naprawdę emocje należą do mnie, więc powiedzenie „dziecko mnie denerwuje” jest nieprawdą. Sama się denerwuję. Robię to sama dla siebie. Przez własne myśli i oceny pewnych sytuacji. Przez moje oczekiwania wobec innych ludzi. Przez moje wyobrażenia. Przez moje niezaspokojone potrzeby. Sama w sobie tworzę zdenerwowanie i jestem za nie w pełni odpowiedzialna.

Czasem miewam gorsze dni. Daję sobie do nich prawo. Traktuje je jak sygnał ze strony mojego ciała bądź umysłu. Znak, że jest jakiś temat, którym powinnam się zająć. Moje dzieci widzą mnie w takie dni, obcują ze mną. Staram się na tyle spokojnie na ile potrafię tłumaczyć im czego doświadczam i dlaczego jest to dla mnie trudne. Widzę po nich, że jest to dla nich cenna lekcja.

Moje dzieci widząc moje zdenerwowanie i moje ciężkie dni zaczynają rozumieć, że oni też mają prawo do swoich emocji. Pokazywanie dzieciom tylko pozytywnych emocji jest zwyczajnym kłamstwem. W życiu bywa różnie. Raz lepiej, raz gorzej. Obserwacja rodzica – oto sposób, w jaki dzieci uczą się najwięcej.

Kiedy mówię więc, że jestem zła i zirytowana pokazuję moim dzieciom, że jestem zwyczajnym człowiekiem. Kiedy płaczę, pokazuję, że jestem podatna na zranienia. Kiedy ocieram swoje łzy i wstaję, by dalej walczyć, pokazuję, że nie warto się poddawać. Kiedy po wszystkim rozmawiam z nimi i tłumaczę moje emocje, potrzeby i wnioski na przyszłość daję im jasny przekaz o tym, czego nie robić bądź co robić, by uniknąć takiej sytuacji.

ZDENERWOWANIE NIE JEST PROBLEMEM…

Samo zdenerwowanie jest więc problemem. O wiele ważniejsze są trzy aspekty tego stanu, a mianowicie:

  • jak często się denerwujesz na dzieci,
  • co robisz gdy jesteś zdenerwowany,
  • jakie lekcje wyciągasz

Jeśli dzieci często wyprowadzają Cię z równowagi to może być sygnał, że któraś z Twoich potrzeb jest stale niezaspokojona (być może nawet trudno jest Ci nazwać tą potrzebę, bo żyjesz w tak dalekim oderwaniu od niej). Innym wyjaśnieniem jest to jakie masz oczekiwania wobec dzieci i czy są one realne do zaspokojenia. Jeśli zdenerwowanie pojawia się często to znak, aby z kimś o tym porozmawiać, skorzystać z pomocy psychologa bądź terapeuty.

Jeśli w czasie nerwów tracisz nad sobą panowanie, obrażasz innych, robisz bądź mówisz krzywdzące rzeczy to sygnał, żeby poszukać pomocy. Jeśli Ty nie radzisz sobie z własnymi emocjami nie jesteś w stanie nauczyć dziecka odpowiedniego wyrażania emocji.

Jeśli z trudnych sytuacji nie są wyciągnięte wnioski, a następnie nie są wdrożone działania naprawcze narażasz się na to, że ta sama sytuacji znów się powtórzy. Chwila refleksji nad tym co się stało, jakie były w danej sytuacji trudne emocje, jakie niezaspokojone potrzeby, jakie obiektywne fakty a jakie własne oceny pozwolą Ci w przyszłości przeciwdziałać.

[DISPLAY_ULTIMATE_PLUS]

Comments

comments